The Stanley Parable – recenzja(bez-spoilerowa)


Uwaga! Mimo, że recenzja jest „bez spoilerów”, to będą tu zawarte mini-spoilery „średniego kalibru”, bez których nie mógłbym w odpowiedni sposób opisać gry(bo jest tak krótka). Dlatego też, polecam wam przeczytać tą recenzję dopiero po przejściu gry.

Dobra SpaceSave wydane, wpisów mało – czas wziąć się do roboty!

W końcu! Obiecana już od miesięcy recenzja zagości na blagu(do tego minął już prawie rok od kiedy postanowiłem to przejść)! Jako że jest to gra na silniku Source, a innych Valve’owych newsów(a przynajmniej takich, po których człowiek nie chce się powiesić) jest jak na lekarstwo – myślę, że taka recenzja będzie pasowała jak ulał. Zaczynajmy więc!

The Stanley Parable ma cholernego pecha. Jest to gra należąca do gatunku pogardliwie(i słusznie) nazwanego „walking simulators”(bądź „symulatorami chodzenia” w mowie naszej polaszej). Jakby tego było mało, produkcja została wydana w 2013 roku, niedaleko premier „Dear Esther” i „Gone Home”, co oznaczało że Stanley(niech będzie, że to skrót od pełnej nazwy) stał się, chcąc nie chcąc, pionierem pogardzanego dziś gatunku. Wszystko to sprawiło, że miałem bardzo niskie oczekiwania co do tej gry i chociaż chciałem ją kupić i zrecenzować już lata temu, tylko dlatego że była na Source’ie – uznałem, że nie ma to najmniejszego sensu.

Tak czy inaczej – trafiliśmy tutaj. Cztery lata po premierze. Jak to się stało? Cóż, jak zwykle w takich historiach – zdarzył się przypadek(cud?). Otóż – na początku roku(albo pod koniec 2016 – nie pamiętam dokładnie) Humble Bundle(jakby ktoś jeszcze nie wiedział – taka strona, która sprzedaje paczki często niezłych gier za bezcen, z których duża część wpływów idzie na fundacje charytatywne) zaoferowało graczom dużą paczkę gier, z wieloma świetnymi tytułami(np. Subnautica) za ok. $20, mającą wspierać fundację działające na rzecz praw obywatelskich w USA(bo wiecie – Trump). Jedną z tych gier było właśnie The Stanley Parable, które postanowiłem wypróbować, bo wiecie – pieniądze i tak już wydałem. Tak więc – zaklepałem sobie wieczór, usiadłem do gry z byle-jakimi oczekiwaniami i…

I tutaj właśnie utwierdziłem się w przekonaniu, że warto mieć niskie oczekiwania co do ogrywanych tytułów. Sprawia to, że można się dzięki temu pozytywnie zaskoczyć. I chociaż nie jest to reguła – Stanley’owi udało się ją udowodnić.

Fabuła gry przedstawia się następująco – naszym głównym bohaterem jest Stanley – pracownik jakiejś bezimiennej firmy, który postanawia wyrwać się z nudnej rutyny… po prostu wychodząc ze swojego biura. Co szokujące – okazuje się, że placówka jest całkowicie opustoszała, a jedyną „osobą” „towarzyszącą” Stanley’owi będzie głos Narratora(o którym za chwilę). Wtedy też zaczyna się właściwa gra… a raczej jej namiastka, bo jedyne co możemy robić to chodzić po przedstawionej nam lokacji, eksplorować jej kąty(chociaż jest to mocno ograniczone) i… dokonywać wyborów.

Wspomniane „wybory”(nie mylić z narzędziem politycznym) to właściwie najwięcej co Stanley ma do zaoferowania w kwestii gameplay’u. Podam tu przykład, o którym wiedzą praktycznie wszyscy, którzy słyszeli o tej grze cokolwiek. Na początku prowadzeni jesteśmy przez głos Narratora(znowu – o którym później) aż w końcu dochodzimy do „rozwidlenia” dróg w postaci drzwi po lewej i prawej stronie. Narrator nalega, żebyśmy przeszli przez drzwi po lewej stronie, żeby jego historia mogła być kontynuowana. Natomiast możemy też przejść przez drzwi po prawej stronie, co na początku skołuje Narratora, który pozwoli nam naprawić nasz błąd, a potem wprowadzi go w zdenerwowanie, a w końcu wściekłość, gdy zorientuje się, że specjalnie próbujemy ingerować w jego historię. Tutaj też przejawia się największy(i, ironicznie, najbardziej znany) sekret gry – produkcja opiera się na burzeniu czwartej ściany. I chociaż dzisiaj, takie gry jak OneShot, Undertale, czy jeszcze wcześniej – Metal Gear Solid – wprowadził koncept do „mainstream’u” – wtedy było to coś co bardzo rzadko ukazywało się w grach, co sprawiało wrażenie grania w produkcję nowatorską, co też tłumaczy dużą popularność gry we współczesnych sobie czasach(dzienne przypomnienie, że 2013 był cztery lata temu – feeling old yet?). Wszystko to sprawia, że głównym „mięsem” gry są właśnie te wybory, którym sprzyjają dwie bardzo ważne, zawarte w grze, mechaniki – bez których produkcja po prostu by nie działała.

Pierwszą mechaniką jest to, że gra opiera się na powtarzanych sesjach. Oznacza to, że jest ona bardzo krótka(zdobycie mojego pierwszego „zakończenia” zajęło mi 5 minut…), ale przy końcu, gra wyrzuca nas znowu na sam początek, zachęcając do ponownego przejścia i nowych wyborów. Jako dowód pokażę to, że na Steam’ie mam „przegranych” w tą produkcję niecałe dwie godziny a i tak udało mi się zdobyć prawie wszystkie zakończenia, poza może dwoma. I chociaż w innych grach takie krótkie „sesje” byłyby raczej wadą, tutaj są zaletą – praktycznie każde zakończenie pozostawi w nas lekkie poczucie niedosytu, a natychmiastowo następujący po nim reset zachęca do dalszych eksperymentów z wyborami. A biorąc pod uwagę, że The Stanley Parable składa się właściwie tylko z wyborów – taki szybki reset jest właściwie niezbędny. Żeby tego było mało, nie każdy taki „reset” jest nim tak naprawdę – jak już wspomniałem wcześniej – gra burzy czwartą ścianę często i chętnie, co sprawia, że mimo pozorów zresetowania historii – tak naprawdę toczy się ona dalej. I w takich właśnie momentach, gra błyszczy – wybijając się z tłumu symulatorów chodzenia, desperacko próbujących być przygodówkami(z tym, że – wiecie – bez przygody).

Wybory te są też katalizatorem wielu różnych zakończeń, które możemy otrzymać, a każde z nich jest kompletnie inne od poprzedniego, wliczając drogę jaką musimy przejść by się do nich dostać. I chociaż nie robimy nic więcej poza chodzeniem i (czasami)interakcją z przedmiotami – każde z tych zakończeń jest unikatowe i warto przynajmniej spróbować zdobyć je wszystkie.

Wspomniałem też o drugim elemencie sprawiającym, że gra „po prostu działa”. Jest nim wspomniany już wielokrotnie Narrator, który, pomimo nazwy, jest postacią biorąca czynny udział w historii. Towarzyszy on Stanley’owi, komentując całość jego podróży, wystawiając przy tym świetny scenariusz gry. To właśnie Narrator jest siłą napędową produkcji(a przy okazji – głównym punktem marketingowym). I chociaż sama jego nazwa wskazuje na osobę oderwaną od historii, dostarczającą tylko komentarza – Narrator jest, jak wcześnie wspomniałem, postacią. W zależności od naszych wyborów, będzie on zadowolony, bądź wściekły, sypiąc sarkastycznymi komentarzami jak z rękawa. Jego rola błyszczy jednak najbardziej wtedy, kiedy sam Narrator staje się zdezorientowany wydarzeniami w grze(co samo w sobie jest świetną dekonstrukcją takiego elementu jak „wszechwiedzący” narrator, którego, w normalnych okolicznościach, uważamy za coś normalnego i nienaruszalnego). Wisienką na torcie jest doskonały voice-acting. Aktor grający Narratora odwalił kawał wyśmienitej roboty, świetnie oddając emocje i nadając tożsamość postaci, która z definicji jest oderwana od historii w jakiejkolwiek roli, poza byciem zwykłym obserwatorem. Sprawia to, że nabieramy ogromnej sympatii do Narratora, pomimo że bardzo często będzie starał się przeszkadzać w naszej „niezależności”.

Jak już wspomniałem na początku wpisu – Stanley’owi udało się przerosnąć moje oczekiwania, co sprawiło, że te niecałe dwie godziny które spędziłem z tą grą, do dziś(bo grałem w to niecały rok temu) uważam za świetnie spędzony czas. Pytanie brzmi – czy polecam tą grę? I chociaż, w normalnym wypadku, wstrzymałbym się z jej poleceniem komukolwiek, głównie przez to, że po zdobyciu większości zakończeń – tak naprawdę można do tej gry nigdy już nie wracać – to teraz powiem, że – tak, polecam tą produkcję. Myślę, że jest świetna. Dlatego też postanowiłem zrobić bez-spoilerową recenzję – żeby zachęcić was do sięgnięcia po ten tytuł i „przeżycia” go na własnej skórze. I chociaż należy on do gatunku znienawidzonego przez graczy, jak dla mnie – jest też jego najlepszym przedstawicielem. Czy powinniście zapłacić za to pełną cenę? Absolutnie, nie! Kupić na wyprzedaży? Oczywiście! Gra nie jest długa, ale myślę że czas spędzony z nią nie będzie dla was stracony.

Dobra, ten wpis był średni(dlatego nie robi się recenzji, prawie ROK po przejściu gry), ale trudno. Nie wiem, czy w tym roku jeszcze coś będzie(poza jakimiś ogłoszeniami), ale mam pomysł by napisać cosik o tegorocznym Prey’u(w skrócie – świetna produkcja, mój kandydat na grę roku), chociaż nie wiem czy uda mi się z tym zdążyć do końca roku. Tak więc – miłych świąt życzę i widzimy się w kolejnym wpisie!

PS. Tak, wiem, że Stanley był też darmowym modem do Half-Life’a w swojej oryginalnej wersji, ale nie mogłem znaleźć dobrego miejsca by umieścić ten fakt we wpisie

PS 2. Więcej nie piję(soczku) podczas pisania…

Informacje o mrkarrmel

Chłopiec z prowincji.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Half-life i Portal, Wpisy i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s