Opossing Force


of

Cholera, ten wpis miał być jeszcze w kwietniu, ale byłem zbyt leniwy aby go napisać… Cóż, lepiej późno niż wcale.

Podczas przerwy wielkanocnej miałem w rękach trochę czasu więc postanowiłem go spożytkować w najciekawszy możliwy sposób… granie w Half-Life’a. Nie wypróbowałem jednak tego słynnego HL2:Update o którym było strasznie głośno, głównie dlatego że „tradycyjnie” Half-Life’a 2 przechodzę co roku w wakacje, więc wypróbuję go właśnie wtedy(chociaż, prawdę mówiąc, poza komentarzami różnych tuberów[aż dwóch których nawet lubię!] nie widziałem tam żadnych większych zmian). Postanowiłem za to w końcu przejść coś co szlajało się za mną już od dłuższego czasu. Mowa o dodatku fabularnym do oryginalnego HL’a – Opposing Force.

Pewnie zdziwicie się, gdyż już prawie 5 lat prowadzę blog o Valve i Half-Life’ie natomiast… nigdy nie miałem okazji dokończyć ani Opposing Force – o którym dzisiaj piszę – ani Blue Shift’a(jednakże z tego co wyczytałem – nie warto). Po prostu, jakoś nigdy mnie one za bardzo interesowały. Kiedy grałem w nie wcześniej, po prostu porzuciłem je w którymś momencie, nie mając ochoty kontynuować rozgrywki dalej. Nie wiem, chyba wolałem po prostu historię Gordona, a fabułę dodatków uważałem tylko(w sumie słusznie) za małe historyjki mające ubarwić świat gry… Mimo wszystko, postanowiłem spróbować z OF’em jeszcze raz(nad Blue Shift’em muszę się poważnie zastanowić…) z powodu wielu ludzi chwalących tą grę. Ba, część z nich, wręcz, uważa tą grę za najlepszego Half-Life’a w ogóle! Sprawdźmy więc, czy mówili prawdę.

Akcja gry zaczyna się jak typowa produkcja z tej serii – w środku transportu, w tym przypadku wojskowym helikopterze. Naszym bohaterem jest Adrian Shephard, żołnierz elitarnej jednostki HECU. Tak, tej samej której rozkazami było pozbycie się dowodów z Kaskady Rezonansowej w Black Mesie, wraz z personelem. I jest z tym trochę problemów, ale to za chwilę… Wracając do fabuły – podczas podróży, helikopter zostaje zestrzelony przez obcych i spada na teren bazy, Shephardowi jednak udaje się przeżyć. Budzi się już w środku naukowego kompleksu, wraz z pomagającym mu naukowcem… I tutaj zaczyna się problem o którym wspomniałem. Pamiętacie, jak w oryginale, HECU i personel Black Mesy byli w dość wrogich stosunkach(nie dziwię im się – jedni chcieli zabić drugich)? Tutaj natomiast, z jakiegoś powodu naukowcy pomagają żołnierzom, tak jakby zapomnieli, że jeszcze niedawno ci ostatni do nich strzelali. Jest to o tyle ciekawe, że akcja gry zaczyna się mniej więcej pod koniec szturmu żołnierzy, tak więc naukowcy powinni już doskonale wiedzieć o niebezpieczeństwie… Ale dobra, niech im już będzie.

O grze nie można za wiele powiedzieć. Jest to typowe rozszerzenie, czyli więcej tego samego i dobrze spełnia swoją funkcję. Dostajemy kolejne, ok.cztery godziny HL’a, czyli strzelania, skakania i główkowania. Nie jest to jednak zwykły pakiet map – Shephard ma do swojej dyspozycji nowe rodzaje uzbrojenia, w większości inne od tego którego używał Freeman. Z nowych zabawek mamy: nóż, klucz francuski, Desert Eagle, ciężki karabin M60, snajperkę, wyrzutnię energii tworzącą falę uderzeniową, która zabija większość przeciwników i więcej o których już nie za bardzo pamiętam. Najbardziej jednak podobało mi się coś, co nie jest bronią, a bardziej narzędziem. Jest to… nakładany na rękę Barnacle. Pełni on rolę linki z hakiem. Dzięki temu możemy przyciągać się do wyznaczonych miejsc lub przeciwników(niestety, nie zadaje to obrażeń i jest bardzo ryzykowne). Co do odwiedzanych miejsc – mamy typowe dla HL1 magazyny, korytarze laboratoryjne, czasem jednak pojawi się etap prezentujący większą różnorodność. I tak oto mamy bardzo ciemną jaskinię w której kompletnie nic nie zobaczymy bez noktowizora(który zastępuje tu latarkę), pełną silnych przeciwników. Albo etap na powierzchni, w którym przeciskamy się przez złożone z kontenerów ciasne korytarze, zdejmując czyhających na nas snajperów i kryjących się za zakrętami przeciwników. Jest też etap platformowy na Xen, bardzo denerwujący przy okazji, na szczęście krótki… Mamy także dwie walki z bossami, które niestety są bardzo słabe(jak, niestety(przynajmniej w moim mniemaniu), większość walki w serii). Pierwsza to klon „macek” z oryginału(walczymy nawet z tym samym potworem). Biegamy po różnych pomieszczeniach i naciskamy przyciski. Nuda. Dalej. Końcowa boss polega na niszczeniu jego świecących się części ciała, po czym zabijaniu przyzwane przez niego potwory i powtarzamy to wszystko aż w końcu przyjemniaczek padnie…

Warto wspomnieć, że gra jest trudna. Czasem wręcz bardzo trudna. Do połowy gry za bardzo tego nie widać(zazwyczaj słabi i porozdzielani przeciwnicy, apteczki i amunicja wszędzie), ale po tym poziom trudności wrasta bardzo drastycznie. Naprawdę, grałem na normalnym poziomie trudności i gra porządnie skopała mi cztery litery. Bardzo często wtedy gra rzuca na nas hordę bardzo ciężkich przeciwników z dużą ilością zdrowia. Wtedy też zaczyna doskwierać nam brak amunicji i apteczek, których nagle stało się bardzo mało. Szczytem była część jednego etapu w którym musieliśmy zmierzyć się z silnym przeciwnikiem, którego strzałów trudno było ominąć, a zza pleców pojawia się też wrogi śmigłowiec. Ech, powtarzałem tą część tyle razy… Jak widać, gra czasami nie jest za bardzo fair, ale można jej to wybaczyć – w końcu jest z późnych lat dziewięćdziesiątych.

A jak już przy czasie jesteśmy. Ta gra, z 1999 roku, niekiedy bardzo przypominała mi… współczesne strzelanki. I tak oto mamy scenę początkową w helikopterze, oczywiście z oczu naszego bohatera. Albo, kiedy musimy czekać aż nasz towarzysz(tak, czasami walczymy wspólnie z komputerowymi kompanami, oczywiście – głupimi jak but) kopnie lub otworzy drzwi palnikiem. Taka tylko mała ciekawostka.

Tak więc, co myślę o tej grze? Cóż, jest w porządku. Po prostu więcej Half-Life’a z kilkoma fajnymi dodatkami w uzbrojeniu i nagłym skokiem trudności. Ale czy jest to najlepszy Half-Life? Cóż… nie. Przynajmniej jak dla mnie. Nie żałuję tych czterech spędzonych godzin(ba, w jednym posiedzeniu!), ale nie była to jakaś strasznie wspaniała rozrywka. Po prostu… było w porządku. Mimo tego – polecam zagrać w tą grę, jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście lub macie ochotę na więcej Half-Life’a, a mody już się wam znudziły. I to chyba wszystko, a teraz zastanowię się czy warto zająć się Blue Shift’em.

PS. Wiadomość z, prawie, ostatniej chwili! Są pogłoski, że Valve zamierza wprowadzić do TF2 matchmaking do turniejowego grania. Jest to krok naprzód, ale pozostaje jedno pytanie – czy nie jest już za późno? Chociaż smutno mi to przyznać – Team Fortress 2 czasy świetności ma już dawno za sobą, wielu graczy odeszło już jakiś czas temu… Mimo wszystko, to może być znak, że Overwatch(o ile jeszcze ta gra się tak nazywa) sprawiło, że Valve w końcu weźmie się porządnie do roboty i powalczy z Blizzardem o odbiorców! Chociaż, nie miejmy za dużych nadziei…

W sumie, mogę za jakiś czas skrobnąć wpis o obecnej sytuacji TF2 i co o tym myślę, ale będę musiał zrobić przy tym lekki „risercz”. Tak więc – do zobaczenia aż będę gotowy!

Informacje o mrkarrmel

Chłopiec z prowincji.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Half-life i Portal, Wpisy i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s